Dzień Dobry TVN

Już po raz drugi gościłam w programie Dzień Dobry TVN. Tym razem jednak nie sama. Razem ze mną w studiu zasiadła Megan, vet nurse z Shamwari, która przyjechała do mnie w odwiedziny.  Rozmowa jak zwykle miła i przyjemna, zresztą sami zobaczcie:

Dzień Dobry TVN 05.01.2018

 

 

Reklamy

Wykład dla IVSA Lublin

Na początku tego roku akademickiego otrzymałam maila z zaproszeniem do Lublina. Kto by wtedy pomyślał, że autorka wiadomości, Agata, niedługo później dołączy do grona osób wybierających się ze mną do Shamwari? 😉 Później dołączyły do niej jeszcze trzy studentki z Lublina.

14 grudnia przyjechałam więc do nich na uczelnię, by poprowadzić wykład dla…. PONAD STU OSÓB! Nie spodziewałam się aż tak licznego grona słuchaczy i przyznam, że nieźle się zestresowałam. Oczywiście niepotrzebnie, gdyż 1,5 godziny zleciało bardzo szybko a przede wszystkim bardzo miło. Mam nadzieję, że udało mi się udzielić satysfakconującej odpowiedzi na wszystkie zadane pytania. Wiem też, że tegoroczna wyprawa nie będzie ostatnią, gdyż zainteresowanie afrykańską przygodą jest ogromne!

Bardzo dziękuję IVSA Lublin za gościnę! 🙂

 

PS

Już niedługo odwiedzę studentów weterynarii z Olsztyna i Poznania 🙂

 

25530352_10211276855140526_1762823887_oSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSC

Na Praktyki do Afryki!

No dobrze… koniec z tajemnicami. Czas w końcu opowiedzieć Wam o moim kolejnym projekcie 🙂

Jakiś czas temu na moim fanpage’u opublikowałam post, w którym wspomniałam o moim najnowszym projekcie o kryptonimie „NAPD„. Oto przed Wami nazwa mojego „vetaway’owego dziecka”

VetAway – > NPraktyki DAfryki

1

Od pewnego czasu otrzymywałam coraz więcej pytań typu : „Jak zorganizowałaś taki wyjazd?” , „Skąd wziąć pieniądze?”, „Czy myślisz, że ja też mogę pojechać do Afryki i robić to co Ty?”. Zamiast wciąż odpowiadać na te same pytania, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i pokazać innym kawałek mojego świata.

I tak oto, 9-ciu studentów weterynarii z Polski pojedzie ze mną do rezerwatu Shamwari, by spełnić swoje marzenia o pracy z dzikimi zwierzętami! 

Przez 14 dni  będziemy mieszkać w samym środku afrykańskiego buszu, uczestnicząc w programie Shamwari Veterinary&Conservation Experience pod okiem Johana, Megan, Bruce’a, John’a i innych.

Q-11766-Shamwari-Vet & Conservation Experience logo (V&CE)-5 FC

 Dzikie zwierzęta, piękne widoki, wspaniali ludzie – czego chcieć więcej?

Nawet teraz, pisząc te słowa, nie mogę do jeszcze do końca w to uwierzyć. Ogrom pracy przede mną, ale wiem, że warto!  😀

sdr

Więcej informacji wkrótce!

Pieskie życie w Afryce

Pojechałam do Afryki po to by zajmować się  dzikimi zwierzętami takimi jak lwy, słonie, gepardy czy nosorożce. Jednak podobnie jak rok temu, miałam również do czynienia ze „zwykłymi” pacjentami czyli psami i kotami. Oczywiście pisząc „zwykłymi”, nie mam mam na myśli tego że są gorsze. Ktoś może pomyśleć, że przejechanie pół świata by leczyć zwierzęta, które równie dobrze mogłabym leczyć w Polsce jest bez sensu. Powiem wam, że wręcz przeciwnie. Ale od początku.

bty

Megan, weterynaryjna pielęgniarka z Shamwari ( ang. vet nurse), pracowała poprzednio w SPCA, gdzie zajmowała się bezdomnymi i często poważnie chorymi zwierzętami. Po rozpoczęciu pracy w rezerwacie skupiła się na dzikich zwierzętach, jednak wcześniejsze doświadczenia zmotywowały ją do zrobienia czegoś dla zwierząt należących do mieszkańców okolicznych ubogich miasteczek. Dzięki sponsorom i przy pomocy studentów, kilka razy w roku organizowana jest tzw.  klinika terenowa ( ang. outridge clinic). Każde z przyprowadzonych zwierząt zostaje zbadane oraz otrzymuje „zestaw obowiązkowy” –> szczepienie na wściekliznę, preparat na odrobaczenie oraz spray na pasożyty zewnętrzne (pchły i kleszcze). sdrJeśli dany pacjent wymaga innych zabiegów, np. oczyszczenie rany, podanie silniejszych leków, czy obcięcia pazurów, w miarę możliwości robimy wszystko by mu pomóc. Ponadto każdy właściciel otrzymuje torebkę z psią lub kocią karmą. Nasze działa mają są przede wszystkim skierowane w kierunku zwierząt, ale nie zapominajmy że wścieklizna to nieuleczalna choroba odzwierzęca. Na szczęście dzięki wsparciu firm z branży zoologicznej możemy znacznie ograniczyć ryzyko jej wystąpienia.

Wszystko brzmi super pięknie, ale niestety nie zawsze tak to wygląda.

sdr

Po pierwsze, spora część zwierząt przyprowadzana jest w dość, nazwijmy to, niepoprawny sposób. Kot w worku (dosłownie), szczeniaki pod pachą, pies ciągnięty za przednia łapę, łańcuch lub linka od siana zamiast smyczy… Do tego osobami, które przychodzą są najczęściej dzieci, które same często nie mają butów, trudno więc wymagać że będą zaopatrzone w obrożę i smycz dla swojego pupila. Oczywiście za każdym razem staramy się tłumaczyć jak powinno się prowadzić zwierzę, jednak bariera językowa nie zawsze nam na to pozwala.

I tutaj pojawia się kolejny problem. Bardzo mało osób zna angielski. Większość posługuje się językiem afrikaans lub xhosa. Dlatego każdy student znał podstawowy zwrot „Baamba Inja” (nie wiem czy tak się pisze), co oznacza „Przytrzymaj psa”. Niestety części zwierząt, mimo usilnych prób, nie da się okiełznać.dav Nie dość, że są zestresowane, wkoło jest głośno a ich pobratymcy wciąż szczekają, to jeszcze nie są przyzwyczajone do zastrzyków czy otwierania pyska w celu umieszczenia w nim tabletki na odrobaczenie. Niektóre zwierzęta są na tyle agresywne, że jedyne co możemy zrobić to dać tabletkę opiekunowi i wytłumaczyć mu, że ma ją włożyć do miski z jedzeniem. Bezpieczeństwo ludzi jest zawsze na pierwszym miejscu.

Niestety niektórym  możemy pomóc tylko w jeden sposób, pozwalając im odejść w spokoju. Eutanazja to zawsze duże przeżycie i nie da się do tego przyzwyczaić. Jednak świadomość że dzięki nam pies lub kot nie będzie już cierpieć, jest pocieszająca. Psy z guzami, otwartymi ranami, złamaniami… Dzięki nam mogą odejść za Tęczowy Most i poczuć ulgę. Jednak większość usypianych przez nas zwierząt to szczenięta i suczki będące okazami zdrowia. Dlaczego? Bo nikt ich nie chce. I tak populacja psów jest już zbyt duża, a kolejne mioty to kolejny problem. Psy, samce, raczej nie są usypianie ponieważ z reguły są większe i budzą respekt u sąsiadów i rabusiów.  Rok temu, podczas usypiania pierwszego miotu szczeniąt nie wytrzymałam. Trzymałam na rękach małe bezbronne i jeszcze ślepe pieski, które głośno zawodziły nawołując mamę. Tuliłam je do siebie z całej siły, a moje łzy kapały na ich malutkie pachnące mlekiem główki. Nie byłam w stanie wykonać śmiertelnego zastrzyku, musiałam odejść na bok i porządnie się wypłakać. Później unikałam stanowiska do eutanazji, bojąc się że znów nie wytrzymam. W końcu jednak się przemogłam i uśpiłam starszego psa z ogromnym nowotworem żuchwy. Jego początkowo cierpiący wzrok, powoli przeszedł w spokojne spojrzenie i wiem, że zrobiłam to co dla niego najlepsze.  W tym roku było mi znacznie łatwiej, ale jak już powiedziałam, do tego nie da się przyzwyczaić i nic nie czuć, po prostu wyłączyć emocje.  Patrząc na ostatnie tchnienie kolejnych zwierząt, wciąż powtarzałam sobie w duchu, że tak naprawdę im pomagam. Gdyby nie humanitarna eutanazja, skończyłyby pod kołami samochodu, zatrute lub utopione w pobliskiej rzece. Oczywiście najlepszą opcją byłaby  kastracja, jednak potrzeba na to sporo pieniędzy, zgody władz oraz organizacji przedsięwzięcia w taki sposób, by zapewnić opiekę pooperacyjną, zwłaszcza w przypadku suczek.

Muszę jednak przyznać, że  większość właścicieli dba o swoich pupili. Chociaż nie raz widać po nich, że sami nie mają co do garnka włożyć, to ich zwierzęta nie są wychudzone a ich sierść zadbana. Większość zwierząt zachowuje się przyjaźnie i lubią drapanie za uszkiem po zastrzyku.

Teraz czas na kilka historii, które szczególnie zapadły mi w pamięć i chciałabym je wam  opisać. Nie wszystkie będą szczęśliwe, ale może dzięki temu uda mi się wam lepiej wytłumaczyć jak to wszystko wygląda.

  1. Chwilowo nie miałam żadnego pacjenta i w ramach przerwy rozmawiałam sobie z Megan. W pewnej chwili zobaczyłam podążającego w naszą stronę mężczyznę i wielkiego psa w typie amstaffa u jego boku. Dostrzegłam, że mężczyzna niesie w dłoni coś przypominające nieduży worek. Gdy się zbliżył, okazało się że nie był to worek a rudy kot, który bez protestu dał się trzymać i nieść. Nie żebym była uprzedzona do amstaffów, wręcz przeciwnie bardzo lubię psy tej rasy, jednak podświadomie czułam że wydarzy się coś niedobrego. Stojąc już w kolejce i czekając na wolnych studentów, młody samiec bardzo się podniecił. Zaczął się wyrywać i szczekać. Jego właściciel chcąc uspokoić psa, zaczął go głaskać ręką po głowie. Tak, ręką w której trzymał kota. Nim się obejrzałyśmy, pies zacisnął szczęki na biednym rudzielcu. Megan i Cindy szybko dopadły do zwierząt i próbowały je rozdzielić. Amstaff jednak kurczowo trzymał w pysku swoją zdobycz. W końcu Cindy ścisnęła go z całej siły za jądra i dopiero dzięki temu wypuścił przerażonego kota. Niestety stwierdziłyśmy zmiażdżoną klatkę piersiową i prawdopodobnie przebitą przeponę. Właściciel powiedział, że w sumie to mu wszystko jedno i możemy uśpić kota i niewzruszony poszedł ze swoim walecznym psem do domu.
  2. davKolejne wspomnienie również nieprzyjemne. Tym razem zostały do nas dwa psy. Nie dość że rolę obroży pełniła taśma z doczepionymi metalowymi kółkami, to i zwierzęta wyglądały marnie. Z daleka można było stwierdzić, że od dawna gnębią je pasożyty zewnętrzne. Brak sierści, pogrubiała skóra, otwarte rany… Leczenie zajęłoby dużo czasu i wymagałoby systematyczności. Właściciel jednak nie zgodził się na uśpienie, tłumacząc że kocha swoje zwierzęta. Megan powiedziała więc „Skoro je kochasz, to weź je na ręce i przenieś na stół”. W tej chwili mężczyzna pociągnął do góry za „smycz” i zaczął nieść lewitującego z powietrzu psa w kierunku stołu. To był test. Megan wytłumaczyła mu, że jeśli nie potrafi wziąć psa na ręce, to nie kocha go i nie może mu pomóc. Pan wzruszył więc ramionami i powiedział „No dobra, to je uśpijcie, wszystko jedno.”
  3. Kolejna opowieść ma słodko-gorzki smak. Lilama, która pomagała nam w ogarnianiu kolejki i papierów, poprosiła nas żebyśmy wyszły na zewnątrz by zająć się pacjentem. Przed schodkami prowadzącymi do budynku, czekał mężczyzna bez nóg na wózku inwalidzkim. U jego boku posłusznie siedziały dwa bardzo przyjazne psy. Pana zaniepokoiła zmiana, która pojawiła w okolicy dróg rodnych suczki. Niestety, stwierdziłyśmy że jest to guz weneryczny. czyli guz który podczas kontaktu płciowego przeniesie się na inne zwierzęta. Przy kontakcie z błoną śluzową jest niebezpieczny również dla ludzi. Ze łzami w oczach, właściciel podpisał zgodę na eutanazję, wyściskał sunie i powiedział jej, że wszystko będzie dobrze i kiedyś się jeszcze spotkają. Po wejściu do budynku rozkleiłam się na maksa.
  4. Na koniec najdłuższa opowieść o tym, jak zostałam pogryziona. Dostaliśmy informację o tym, że jedna z mieszkanek Paterson chciałaby byśmy uśpili jej suczkę i ośmiotygodniowe szczenięta. Powodem miała byś agresja suki wobec dzieci właścicielki. Niestety tego dnia kobieta była w pracy i poprosiła byśmy przyjechali do jej domu, psy chodzą luzem po podwórku. Megan nie raz już coś takiego robiła, dlatego po zamknięciu naszej kliniki, pojechaliśmy pod wskazany adres. Zwierzęta nie były zadowolone z naszego przyjazdu. Syn właścicielki podał nam pierwsze szczenię, które od razu zaczęło kłapać zebami i się wyrywać. Niestety nie udało nam się go utrzymać i czmychnął z powrotem na teren posesji. Zapadła decyzja, że akcję przeniesiemy do środka by uniknąć kolejnych ucieczek. Megan złapała mocno pierwsze szczenię  a ja wykonałam zastrzyk. Z kolejnym pieskiem nie było tak łatwo. Był bardzo agresywny i głośno piszczał. Nagle, nie stąd ni zowąd, zza rogu wyskoczyła matka zaalarmowana nawoływaniami swoich szczeniąt. Obiegła nas dookoła i rzuciła się na mnie. Złapała mnie za udo i łokieć i następnie uciekła. Wszystkim serca na chwilę stanęły. Cindy czym prędzej zabrała mnie do przychodni żebym dostała zastrzyk na wściekliznę. Na szczęście szczepiłam się przed zeszłorocznym wyjazdem oraz dla przypomnienia w tym roku, wystarczyły więc tylko dwa zastrzyki (dzień 0 i dzień 3). Poczekalnia w przychodni była pełna miejscowych ludzi. Zostałam jednak wpuszczona bez kolejki do pierwszego wolnego gabinetu. Przyjmowała mnie pielęgniarka a nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
  • Co się stało?
  • Ugryzł mnie pies (pokazałam rany)
  • Ojej, nie wygląda ładnie. To co ja mam zrobić?
  • Potrzebuję zastrzyku na wściekliznę.
  • To nie była pani wcześniej szczepiona?
  • Byłam. Rok temu przeszłam przez cykl szczepień, a przed przyjazdem otrzymałam jedno przypominające.
  • To czemu mam panią zaszczepić?
  • Bo po ekspozycji powinnam otrzymać jeszcze dwa szczepienia na wszelki wypadek.
  • A czy ten pies wyglądał na wściekłego?
  • Ciężko powiedzieć, ale raczej nie.
  • To po co pani ten zastrzyk?
  • ……..
  • To ja sprawdzę w książce ( tutaj pani otwiera wielką księgę i zaczyna szukać). Nie mogę nic znaleźć, pójdę po kolegę. (Przychodzi pan pielęgniarz i zaczynają dyskusję. Po chwili donosi szczepionkę i oboje biorą się za studiowanie ulotki). No dobra, to musi pani dostać zastrzyk w dniu 0,3,5,7,21…
  • Nie nie nie. Tylko w dniu 0 i potem za 3 dni.
  • (Chwilowa cisza). To może się pani zważy a potem zmierzę pani ciśnienie. 
  • Dobrze, a czy mogę dostać ten zastrzyk?
  • No jeśli Pani chce, to mogę go zrobić. 

Tak oto udało mi się otrzymać zastrzyk. Ponadto rana została oczyszczona i dostałam dwa listki tabletek na odchodne. „Pewnie antybiotyk”- pomyślałam. Otóż nie, paracetamol z adnotacją „2 x dziennie przez tydzień”. Z takimi zaleceniami wrzody żołądka na horyzoncie, dobrze że mój szwagier jest gastrologiem :p

Drugie szczepienie oraz to na tężca zrobiła mi już Megan, gdyż nie podobała mi się wizja ponownego tłumaczenia pracownikom przychodni co powinni zrobić.  Oczywiście suczki nie winię za to, że mnie zaatakowała. Dzielnie broniła swoich dzieci i mój ból miał się nijak do jej cierpienia.

 

dav

 

 

Bawoły, bawoły i jeszcze więcej bawołów

IMG_1306.JPG

W chwili obecnej, w rezerwacie zachodzą wielkie zmiany. Związane jest to z przejęciem Shamwari przez nowego właściciela. Nie pamiętam nazwy, ale z tego co słyszałam to jakaś ogromna firma, której własnością są też m.in. linie lotnicze Emirates.

Shamwari nie należy do NSAP (South African National Parks), co oznacza że jest rezerwatem prywatnym i nie otrzymuje finansowego wsparcia od rządu. Skąd więc biorą się pieniądze (i to niemałe), pozwalające na prowadzenie tak wielkiego przedsięwzięcia? Spora część, to oczywiście turyści  (o tym jak wygląda zwiedzanie afrykańskich rezerwatów w kolejnym poście), którzy płacą niebotyczne sumy za każdy dzień spędzony w jednej z pięciogwiazdkowych lodge’y. Do tego dochodzą dotacje sponsorów oraz prawa autorskie do nagrywanych tu programów telewizyjnych. Jednak znaczną część dochodu stanowią tutaj zwierzęta. I nie chodzi mi tutaj o trofea myśliwskie. Na szczęście w Shamwari nie wolno strzelać do zwierząt. W jakiś sposób, trzeba jednak kontrolować ich populację, tak by i roślinożercy i mięsożercy mieli co jeść. Musimy pamiętać, że cały teren jest ogrodzony i zwierzęta mają ograniczone możliwości swobodnej migracji. Dlatego dwa/trzy razy do roku w okolicy organizowane są aukcje dzikich zwierząt, gdzie różne rezerwaty oraz prywatni hodowcy, wystawiają na sprzedaż swoje zwierzęta. W zależności od gatunku są to pojedyncze sztuki (np. kudu, eland, bawół) albo większe lub mniejsze grupy (np. springbuck, impala).  Skąd jednak Johan wie ile zwierząt może sprzedać? Liczba ta oczywiście nie bierze się z kosmosu. Co roku, na przełomie października i listopada, Johan, John i Bruce spędzają dwa dni w helikopterze, z którego liczą zwierzęta danego gatunku. Nie jest to łatwe zadanie (przypominam, że powierzchnia Shamwari to 25 tys. ha), ale na przestrzeni lat zespół opracował schemat działania, który pozwala im uporać się z tym w krótkim czasie.

Wracając do aukcji, po dobiciu targu, sprzedający umawia warunki złapania i  transportu zwierząt. I tutaj wkraczamy my. To właśnie dlatego zaganiamy zwierzęta do ciężarówki podczas mass capture  lub też  wyłapujemy pojedyncze osobniki. Następnie przewozimy je do zagrody, by odpoczęły i czekamy na nowego właściciela by odebrał swój nowy nabytek.  Jednak rezerwat nie istnieje po to by ogałacać go ze zwierzyny, wszystko musi być w równowadze. Dlatego właśnie z terenu Shamwari wydzielono 2,5 tys.ha, by móc stworzyć Breeding Centre (Centrum Rozrodu). Całość  podzielono na kilka stref, każda starannie ogrodzona i zaopatrzona w zbiornik z wodą i miejsce do zadawania paszy.  Ponadto teren Breeding Centre jest wolny od drapieżników (poza szakalami, ale te nie stanowią zagrożenia).

Rozmnażane tu zwierzęta należą do gatunków rzadkich i zagrożonych, co oczywiście wiąże się ze wzrostem ich wartości. I tak możemy tu spotkać nyale, kudu, elandy, zebry górskie przylądkowe, bawolce rude, blesboki no i przede wszystkim bawoły. Na tych ostatnich najbardziej wszystkim zależy, gdyż za jednego osobnika można dostać dużo, bardzo dużo pieniędzy. Jaka kwota wchodzi w grę? Otóż dorosły, dobrze się prezentujący i gotowy do rozrodu byk, osiągnąć może wartość nawet 120 milionów randów. Co oznacza 40 milionów złotych. Nie żartuję. Tyle pieniędzy za jedno zwierzę! Dlaczego bawoły są aż tak drogocenne? Wyglądem przypominają wielkie krowy i nie wychodzą na zdjęciach tak ładnie jak zebry czy żyrafy. Odpowiedź na to pytanie znajduje się na drugim końcu RPA, w największym rezerwacie (>2 mln ha), w Parku Narodowym Krugera. Na jego terenie żyje znaczna część populacji bawoła afrykańskiego, ok 60 tys. osobników. Jednak w związku z nosicielstwem bardzo poważnych chorób, zwierzęta tego gatunku nie mogą opuszczać terenu rezerwatu.

Choroby te obejmują:

–>pryszczycę – bardzo wysoce zaraźliwą chorobę wirusowa zwierząt nieparzystokopytnych. Jej wystąpienie powoduje niewyobrażalne straty oraz prowadzi do całkowitego zatrzymania handlu. Objawy to między innymi intensywne ślinienie, pęcherze w jamie ustnej, w szparach międzyracicznych i na wymionach.  Wirus rzadko stanowi zagrożenie dla ludzi, jednak  szerzy się niesamowicie szybko u zwierząt.   Jednym słowem, jest to choroba której wszyscy się obawiają, można powiedzieć że jest idealnym kandydatem do bycia bronią biologiczną. Dla przykładu, epidemia która wybuchła w Anglii w 2001 roku pochłonęła 16 bilionów dolarów.

–>gruźlicę – o tej chorobie każdy na pewno słyszał. Wywoływana jest przez różne bakterie z rodzaju Mycobacterium, dlatego spotkać możemy ją u większości zwierząt.  Gruźlica kojarzona jest z chorobą płuc, gdyż objawy ze strony tego narządu są najczęściej obserwowane u ludzi. U zwierząt jednak, choroba może przyjąć inną postać, np. pokarmową, wielonarządową. Charakterystyczną zmianą są guzki gruźlicze, znajdowane w różnych narząd podczas sekcji zwłok. W znacznej większości przypadków, gruźlica prowadzi do skrajnego wycieńczenia organizmu.

–>brucelozę – to przewlekła i trudna do zwalczenia choroba ludzi oraz zwierząt. Podobnie jak w przypadku gruźlicy, u różnych gatunków chorobę wywołują różne bakterie z rodzaju Brucella. Głównym objawem są ronienia, podczas których dochodzi do intensywnego siewstwa. Chore zwierzęta muszą zostać zgłoszone i poddane ubojowi sanitarnemu

–> theileriozę – inaczej „Corridor Disease”,  wywoływana przez pierwotniaki. Jest to jedna z chorób odkleszczowych, a śmiertelność sięga nawet 80%.

Niestety okazuje się, że w przypadku większości z tych chorób, bawoły nie wykazują objawów. Mimo to nadal pozostają nosicielami i siewcami patogenów. Bardzo długo nie zdawano sobie sprawy z obecności zwierząt chorych na gruźlicę. Dopiero sekcje zwłok lwów, które nagle zaczęły chudnąć i marnieć z dnia na dzień, pozwoliły wysnuć podejrzenia, że musiały zarazić się od swoich ofiar.

Wracając do Shamwari, na początku wspomniałam o zmianach jakie właśnie zachodzą w Shamwari. Dotyczą one również Breeding Centre. Już od jakiegoś czasu budowane są nowe ogrodzenia, wydzielające nowe strefy dla poszczególnych gatunków. Właśnie dlatego, przez ostatnie dwa tygodnie praktycznie codziennie pracowaliśmy z bawołami. Naszym zadaniem było znalezienie poszczególnych osobników, uśpienie ich i przewiezienie do konkretnej zagrody. davZadanie nie należy do łatwych, szczególnie biorąc pod uwagę średnią masę zwierzęcia (ok 600 kg) oraz to, że bawoły słyną ze swojej agresji. Żeby jeszcze bardziej skomplikować sprawę, załadowanie zwierząt do ciężarówki to nie wszystko. Każdy osobnik musiał zostać dokładnie opisany. John mierzył rozstawienie rogów, określał wiek zwierzęcia na podstawie uzębienia, robiąc przy tym zdjęcia. Następnie jedna osoba zakłada kolczyk, taki jak u naszych zwierząt gospodarskich, druga umieszczała mikroczip pod skórą lewego ucha, a trzecia osoba pobierała krew z żyły szyjnej lub usznej. Jeszcze tylko preparat przeciwko pasożytom zewnętrznym, lek na wybudzenie i wycieczka do nowej zagrody.

Probówki z krwią, pod czujnym okiem Megan, poddane były wirowaniu przez 10 min. Dzięki temu zabiegowi, krew rozdziela się na elementy morfotyczne wraz z włóknikiem,  surowicę. Nam zależało na tym drugim i to właśnie surowicę umieszczaliśmy w nowej probówce i w lodówce transportowej wysyłaliśmy kurierem do Pretorii. Na wyniki trzeba będzie poczekać ok 2-3 tygodni. Przed ich otrzymaniem, zwierzęta nie mogą otrzymać pozwolenia na przewóz. Jeśli żadna z wcześniej opisanych chorób nie zostanie wykryta, każdy osobnik otrzyma świadectwo zdrowia. Jest ono ważne tylko przez miesiąc, więc jeśli Johan będzie chciał przewieźć zwierzę poza rezerwat po tym czasie, zabawa z próbkami zacznie się od nowa.

IMG_20170719_101522.jpg

 

Ja uczestniczyłam w przenosinach 20 zwierząt. Niby dużo, ale Johan planuje by ostateczna liczba dobiła do 130 😉

Polish evening

 

Przyjeżdżając tu rok temu, w walizce oprócz ubrań i innych niezbędnych rzeczy, miałam 2 paczki kabanosów. Uznałam, że miło będzie przywieźć ze sobą „coś polskiego”.  Na lotnisku kupiłam jeszcze Wiśniówkę i tak zaopatrzona ruszyłam w nieznane. Okazało się, że przywiezione przeze mnie smakołyki, okazały się idealnym lodołamaczem już pierwszego dnia. Kabanosy smakowały wszystkim tak bardzo, że napotkany przy drodze żółw, z którym robiliśmy sobie zdjęcia, otrzymał imię „Kabanos”, a już po powrocie, kilka osób przesłało mi zdjęcie że udało im się kupić „Cabanossi” w ich krajach.

Dlatego, szykując się do Shamwari w tym roku, zaopatrzyłam się w dużo polskich przysmaków. Oscypki, kabanosy, kiełbasa myśliwska plus kilka butelek procentowych trunków. Od początku chodził mi po głowie pomysł zorganizowania jakieś spotkania, gdzie mogłabym wszystkich poczęstować i podziękować za to, że zgodzili się na mój przyjazd. Z czasem, lista gości się wydłużała (ostatecznie 14 osób) i uznałam, że głupio tak dać każdemu po jednym kawałku kabanosa i tyle. Wtedy zrodził się pomysł przygotowania prawdziwej obfitej kolacji. Zaczęłam zapisywać na kartce kolejne polskie dania i drogą selekcji wybrałam ostateczne

Menu:

Przystawki :

-koreczki --- Kabanos, ser, ogórek

- talerz smakołyków – kabanosy, oscypki, myśliwska

- na ciepło --- pieczone suszone śliwki zawinięte w boczek

- sałatka jarzynowa

Zupa :

- rosół z makaronem,  marchewką i mięsem

Danie główne:

- Kopytka, bitki, kapusta zasmażana z boczkiem

- surówka – marchewka z jabłkiem

Deser:

- Szarlotka z bitą śmietaną

- Torcik wedlowski

 

 

Wygląda smacznie co? Ale po drodze zaczęły pojawiać się kolejne problemy. Po pierwsze, nigdy nie szykowałam kolacji dla tylu osób i to w pojedynkę. Na szczęście kilka ósób zaoferowało swoją pomoc. Kolejna sprawa, nigdy nie robiłam kopytek ani bitek. Pomyślałam jednak, że nikt nie wie jak powinny smakować, więc w razie niepowodzenia będę rżnąć głupa, że wszystko jest tak jak powinno być :p Dalej kuchnia, a w szczególności piekarnik. Nie jest łatwo gotować w „obcej” kuchni, nie mając dostępu do wszystkich sprzętów, ale postanowiłam zaryzykować. Wyposażona w długą i szczegółową listę zakupów, ruszyłam z Catherine do oddalonego o godzinę Port Elisabeth. I tutaj pojawiły się kolejne komplikacje. Zaczęło się od tego, że ciężko mi było powiedzieć ile składników potrzebuję. Czy 4 kilogramy ziemniaków wystarczą na kopytka? Jak już pisałam wcześniej, miałam je zrobić po raz pierwszy. Nienawidzę marnować jedzenia, ale jednocześnie bardzo bałam się, że czegoś może zabraknąć. Zapomniałam tez wziąć pod uwagę dostępności niektórych składników. Już w sekcji warzyw natrafiłam na pierwszy problem – brak pietruszki. Zaraz potem okazało się, że bulwy selera też tu nie dostanę, tylko seler naciowy. Co ciekawe, gdy tłumaczyłam o jaką część selera mi chodzi, nikt nie wiedział że coś takiego w ogóle istnieje. Nie był to jedyny produkt który wywołał takie zdziwienie, także mąka ziemniaczana i cukier wanilinowy. Nie było wyjścia, musiałam jakoś dać radę bez tych produktów. Po wołowinę na bitki pojechałyśmy do sklepu rzeźnika. Tam znów moja obecność wywołała sensację. Jakaś dziwna dziewczyna z Polski prosi o 3 kg wołowiny i zarzeka się że sama ją pokroi. Skoro pani ze sklepu, która na co dzień kroi mięso miała wątpliwości czy mi się uda, to co dopiero ja miałam powiedzieć. Ale klamka zapadła, będą bitki i koniec!

 

W niedzielę nastawiłam rosół. Już po godzinie w całym biurze pachniało jak w domu! Do tego ten złoty kolor…. Będzie pysznie! Wieczorem upiekłam szarlotkę. No to pierwsze danie i deser jest.

Cały poniedziałek spędziłam w kuchni. Na szczęście mogłam liczyć na pomoc, bez tego nie dałabym rady. Wideokonferencje z rodzicami i siostrą odbywały się tego dnia bardzo często. Chciałam mieć pewność że wszystko robię dobrze i ten wieczór będzie idealny. Ale nie obyło się bez przygód. Do bitek dosypałam przez przypadek mąki z dodatkiem proszku do pieczenia i wszystko zaczęło kipieć w garnku. Po chwili paniki i dwóch głębokich wdechach  jakoś udało mi się opanować sytuację. W ramach odstresowania się, zabrałam się za krojenie warzyw do sałatki jarzynowej. Co chwilę ktoś zaglądał do kuchni by zapytać co tak ładnie pachnie. Największe zainteresowanie wzbudzał rosół. „To jest zupa? To woda a nie zupa! Zupa musi być gęsta!”. Podobnie było z kopytkami. „Czyli gotujesz ziemniaki, mieszasz je z mąką i jajkiem i potem znowu gotujesz? Dziwne…”. Tak czy siak wyrobiłam się na czas. Nakryłam do stołu i poprosiłam wszystkich żeby poczekali na zewnątrz. Założyłam koszulkę z napisem „Miss Poland” i kiedy już wszyscy goście byli gotowi, puściłam z głośników poloneza i zaprosiłam ich do środka.  Przed wejściem do jadalni, każdy został poczęstowany chlebem i solą. Po zajęciu miejsc, „przedstawiłam” przystawki. Ledwie to zrobiłam, a półmiski już były puste. Kabanosy, koreczki i oscypki zniknęły z talerzy w oka mgnieniu! Zaraz po nich rosół. Okazało się, że „dziwna zupa”  jest jednak jadalna i wszystkim bardzo zasmakowała! W ramach przerwy przed drugim daniem nadszedł czas na prezentację o Polsce. Wspomniałam o naszej historii, pokazałam tradycyjne potrawy, dzikie zwierzęta i sławnych Polaków.  Do tego nauczyliśmy się kilku słów, np. Dzień dobry, Dziękuję, Kocham Cię, Na zdrowie  itp. Na koniec krótki film z pięknymi widokami z całego kraju, uchwyconymi z kamery zamontowanej na dronie.

Wszyscy bardzo chcieliby przyjechać i zobaczyć to na własne oczy. Właściwie to obiecali, że przyjadą na mój ślub i wesele, więc może wtedy będzie okazja. Danie główne ( moja największa obawa) i deser również bardzo smakowały. Zostało mi jeszcze trochę składników, więc przed wyjazdem upiekę jeszcze jedną szarlotkę.

Początkowo z głośników leciała muzyka Chopina, jednak po kilku toastach na scenę wkroczył Zenek Martyniuk, Krzysztof Krawczyk itp. Jedno jest pewne, impreza się rozkręciła, co było widać po wszystkich jeszcze następnego dnia 😉

Na koniec powiem, że jestem z siebie dumna. Jeśli uznam, że weterynaria to jednak nie moja działka, poszukam szczęścia w cateringu 😝